Pomagać, ale jak…
Powódź zaskoczyła wszystkich. Na przykład zaskoczyła widzów przed telewizorami. Oglądali wiele obrazów, których nie było w programie telewizyjnym. Ale przede wszystkim zaskoczyła tych, których nazywamy powodzianami.
Pomagać, czyli zmienić swoje plany.
Tego argumentu używałem przede wszystkich, zachęcając ludzi do zaangażowania się w akcję pomocową. Osoby, które dotknęła powódź nie planowały jej. Dzieci chodziły do szkoły, studenci przygotowywali się do sesji, dorośli chodzili do pracy; rolnicy pracowali w polu, a część właśnie przygotowywała się do urlopu. Ktoś chorował, ktoś inny właśnie umierał. Nie planowali WIELKIEJ WODY.
My też mieliśmy swoje plany. Trudno je zmieniać. Tyle zobowiązań. A może wystarczy wysłać SMSa? A jednak, skoro im się plany zmieniły, nam też mogą. To od zmiany planów zaczyna się prawdziwa pomoc. Mój czas, czas wyrwany ze ściśle rozpisanego planu zajęć – ofiarowany dla drugiego człowieka. Zresztą, jeśli mnie kiedyś spotka nieszczęście i zmieni moje plany – chciałbym, aby ktoś był ze mną. I zmienił swoje plany.
Każda akcją pomocowa, którą zarządzam zaczyna się od propozycji zmiany planów. Dlatego proponowaliśmy przygotowanie wystandaryzowanej paczki o wartości ok. 200 zł. Jeśli kogoś nie stać, to może paczkę przygotować razem z przyjaciółmi. To dużo więcej, niż zostawiona przy okazji w sklepie mąka. No i proponowaliśmy wolontariat – wyjazd na cały dzień do powodzian. To jest wysokie wymaganie – dla wielu za wysokie. A dla mnie od tego zaczyna się miłość. Od zmiany planów.
Pomagać, czyli dawać to, co najlepsze.
Poprosiłem o dobrą pomoc. Poprosiłem, aby w paczce, którą wolontariusze mieli wręczyć osobiście najbardziej poszkodowanym powodzianom była dobra herbata, dobra kawa, fajne słodycze, trochę śródków czystości, śpiwór. Wszystko dobrej jakości. Bo pomyślałem sobie, że jeśli kogoś dotknie takie nieszczęście, to powinien wciąż czuć się ważny i doceniony. Że sam, płacząc nad swoją biedą, nie chciałbym dostawać na dodatek byle jakiej pomocy, tylko coś fajnego. Coś, co podniesie mi nastrój, by dalej walczyć.
Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie widział. W telewizji, przedstawiciele wszystkich dużych organizacji prosili, aby nie przynosić używanych ubrań. Sam je czasami znajdowałem w przyniesionych do nas paczkach. Używane – często oznaczało brudne i zniszczone. Czy rzeczywiście liczy się każdy odruch serca? To jak można sobie wyobrazić powodzianina, który musi sobie wyprać! ubrania (gdzie?) i zacząć pokazywać się innym w rzeczach, które ktoś już miał zamiar wyrzucić. Ja sobie nie wyobrażam. W praktyce, taka pomoc jest dodatkowym kosztem dla organizacji, bo rzeczy trzeba wyselekcjonować i przebrać, a potem zapłacić za wywóz śmieci.
Prawdziwa pomoc nie może poniżać, ale powinna podnosić na duchu. Powinna mieć w sobie siłę natchnienia, a nie argument za beznadziejnością. Nie zawsze to rozumiałem, ale sprawdziłem po owocach. Widziałem osobiście, co w pomocy poniża, a co podnosi. Pomyślałem sobie – poniżanie powodzian może oznaczać ich zatopienie. Niżej może być już tylko poniżej tafli wody. Wręczyłem też kilku rodzinom przygotowane specjalnie dla nich paczki (o wartości ok. 200 zł). Jedna z nich, małżeństwo wieku ok. 80 lat, które i przed powodzią nie miało prawie nic, dostało piękny koc, plus inne rzeczy. Ale to koc był piękny. Nie było tak ładnej rzeczy w ich domu. Czułem się dumny, że wręczyłem właśnie taką paczkę, choć przecież nie ja ją przygotowałem.
Pomagać, czyli spotkać się.
Paczka ma ogromną wartość. Zwłaszcza, jeśli w środku są fajne rzeczy. Ale jeszcze większą wartością jest osobiste spotkanie. Wiem, jak wygląda powódź z telewizji. Ale dopiero jak zobaczyłem jej skutki bezpośrednio, zacząłem coś z tego rozumieć. Tylko coś. Bo przecież nie byłem tam wtedy… Jedna z rodzin opowiedziała: rzeczy wynosiliśmy na piętro. Woda wchodziła na parter. Wchodziła po schodach. Była noc. Czy spaliśmy? Chyba tak, ale raczej nie… Ja poprosiłam, aby rano zabrano nas łodzią. Byłem koło ich domu kilka dni po powodzi. Obok mała rzeczka, metrowej szerokości strumień. Rodzina przyjęła nas serdecznie, ale stwierdziła stanowczo: są biedniejsi od nas, my sobie poradzimy.
Nie widziałbym tego, gdym tam nie pojechał. Co więcej, odważyłem się zorganizować wolontariuszy, którzy pojechali do powodzian, by z nimi porozmawiać. Mieli za zadanie wręczyć paczkę, ale tez robić ankietę. Chodziło o to, aby wyszukać tych, którzy sami nie podźwigną się po powodzi. Chcemy zorganizować drugą i trzecią turę akcji SZLACHETNA PACZKA DLA POWODZIAN. Ale potrzebujemy danych. Sami chcemy znaleźć tych, którzy potrzebują pomocy. Chcemy dowiedzieć się, czego naprawdę potrzebują. Pomyślmy, co to za lekarz, który stawiałby diagnozę, oglądając zdjęcia. Tak samo jest z pomocą – by skutecznie pomagać, trzeba wszystko dokładnie zbadać.
W czasie wizyty wolontariuszy na terenach powodziowych ankieta jest ważna, ale przecież nie najważniejsza. Najważniejsze jest spotkanie. Wiele osób poszkodowanych widziało w telewizji rozpaczliwe relacje i wywiady. Ale przecież nieszczęście każdego jest inne. Każdy powódź przeżywał po swojemu i każdy chciałbym o niej opowiedzieć. Każdy chce być zauważony. Istnieje ogromna różnica pomiędzy „każdy” a „wszyscy”. Dla mnie ważny jest każdy. Sam mogę trafić jedynie do niektórych. Dlatego pomagam innym stać się wolontariuszami. By do każdego mogli dotrzeć. Oczywiście, nie dotarliśmy do wszystkich, ale się staramy. To zależy jednak już nie tylko ode mnie. To również decyzja wielu innych.
Pomagać, czyli zmienić się.
Bo tak naprawdę, to nie chodzi tylko o paczki i o wolontariat. Chodzi o to, ze jeśli ktoś już tam pojechał i tych ludzi odwiedził, nigdy nie będzie taki sam. Tego nie da się zapomnieć. Przyjaciół poznaje się w biedzie i w biedzie można się sprawdzić jako przyjaciel. Grzesiek, z zawody informatyk, był organizatorem jednej z grup wyjazdowych do powodzian. Chociaż trafili z pomocą do jednej z najbardziej poszkodowanych miejscowości, to po powrocie wręcz promieniał zapałem. Jakby wstąpiła w niego dodatkowa energia, potrzebna do zorganizowani bardziej zaawansowanej pomocy dla ponad 100 rodzin (np. potrzebne są lodówki). Wysłaliśmy na tereny powodziowe w Małopolsce ponad 400 wolontariuszy i większość z nich zgłaszała chęć dalszego zaangażowaniu. To dla mnie ciekawe. Ci którzy nie zmienili swojego planu dalej nie mieli czasu, a ci, którzy już to zrobili, gotowili byli to zrobić po raz kolejny. Widocznie pomaganie ubogaca.
Pomoc.
Dla mnie to najpierw człowiek i spotkanie, a dopiero potem świat rzeczy. Lubię powtarzać: zanim zostałem księdzem, byłem wolontariuszem. I ten wolontariat został mi do dzisiaj we krwi. Dzięki Bogu. Jak również to, że to jest zaraźliwe.
Możesz pomóc WIOŚNIE - zobacz, jak to zrobić! Każde wsparcie ma dla nas znaczenie, bo pozwala nam organizować mądrą pomoc. Z Tobą uda nam się zrobić jeszcze więcej!
<< powrót do strony głównej
Pomagać, czyli zmienić swoje plany.
Tego argumentu używałem przede wszystkich, zachęcając ludzi do zaangażowania się w akcję pomocową. Osoby, które dotknęła powódź nie planowały jej. Dzieci chodziły do szkoły, studenci przygotowywali się do sesji, dorośli chodzili do pracy; rolnicy pracowali w polu, a część właśnie przygotowywała się do urlopu. Ktoś chorował, ktoś inny właśnie umierał. Nie planowali WIELKIEJ WODY.
My też mieliśmy swoje plany. Trudno je zmieniać. Tyle zobowiązań. A może wystarczy wysłać SMSa? A jednak, skoro im się plany zmieniły, nam też mogą. To od zmiany planów zaczyna się prawdziwa pomoc. Mój czas, czas wyrwany ze ściśle rozpisanego planu zajęć – ofiarowany dla drugiego człowieka. Zresztą, jeśli mnie kiedyś spotka nieszczęście i zmieni moje plany – chciałbym, aby ktoś był ze mną. I zmienił swoje plany.
Każda akcją pomocowa, którą zarządzam zaczyna się od propozycji zmiany planów. Dlatego proponowaliśmy przygotowanie wystandaryzowanej paczki o wartości ok. 200 zł. Jeśli kogoś nie stać, to może paczkę przygotować razem z przyjaciółmi. To dużo więcej, niż zostawiona przy okazji w sklepie mąka. No i proponowaliśmy wolontariat – wyjazd na cały dzień do powodzian. To jest wysokie wymaganie – dla wielu za wysokie. A dla mnie od tego zaczyna się miłość. Od zmiany planów.
Pomagać, czyli dawać to, co najlepsze.
Poprosiłem o dobrą pomoc. Poprosiłem, aby w paczce, którą wolontariusze mieli wręczyć osobiście najbardziej poszkodowanym powodzianom była dobra herbata, dobra kawa, fajne słodycze, trochę śródków czystości, śpiwór. Wszystko dobrej jakości. Bo pomyślałem sobie, że jeśli kogoś dotknie takie nieszczęście, to powinien wciąż czuć się ważny i doceniony. Że sam, płacząc nad swoją biedą, nie chciałbym dostawać na dodatek byle jakiej pomocy, tylko coś fajnego. Coś, co podniesie mi nastrój, by dalej walczyć.
Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie widział. W telewizji, przedstawiciele wszystkich dużych organizacji prosili, aby nie przynosić używanych ubrań. Sam je czasami znajdowałem w przyniesionych do nas paczkach. Używane – często oznaczało brudne i zniszczone. Czy rzeczywiście liczy się każdy odruch serca? To jak można sobie wyobrazić powodzianina, który musi sobie wyprać! ubrania (gdzie?) i zacząć pokazywać się innym w rzeczach, które ktoś już miał zamiar wyrzucić. Ja sobie nie wyobrażam. W praktyce, taka pomoc jest dodatkowym kosztem dla organizacji, bo rzeczy trzeba wyselekcjonować i przebrać, a potem zapłacić za wywóz śmieci.
Prawdziwa pomoc nie może poniżać, ale powinna podnosić na duchu. Powinna mieć w sobie siłę natchnienia, a nie argument za beznadziejnością. Nie zawsze to rozumiałem, ale sprawdziłem po owocach. Widziałem osobiście, co w pomocy poniża, a co podnosi. Pomyślałem sobie – poniżanie powodzian może oznaczać ich zatopienie. Niżej może być już tylko poniżej tafli wody. Wręczyłem też kilku rodzinom przygotowane specjalnie dla nich paczki (o wartości ok. 200 zł). Jedna z nich, małżeństwo wieku ok. 80 lat, które i przed powodzią nie miało prawie nic, dostało piękny koc, plus inne rzeczy. Ale to koc był piękny. Nie było tak ładnej rzeczy w ich domu. Czułem się dumny, że wręczyłem właśnie taką paczkę, choć przecież nie ja ją przygotowałem.
Pomagać, czyli spotkać się.
Paczka ma ogromną wartość. Zwłaszcza, jeśli w środku są fajne rzeczy. Ale jeszcze większą wartością jest osobiste spotkanie. Wiem, jak wygląda powódź z telewizji. Ale dopiero jak zobaczyłem jej skutki bezpośrednio, zacząłem coś z tego rozumieć. Tylko coś. Bo przecież nie byłem tam wtedy… Jedna z rodzin opowiedziała: rzeczy wynosiliśmy na piętro. Woda wchodziła na parter. Wchodziła po schodach. Była noc. Czy spaliśmy? Chyba tak, ale raczej nie… Ja poprosiłam, aby rano zabrano nas łodzią. Byłem koło ich domu kilka dni po powodzi. Obok mała rzeczka, metrowej szerokości strumień. Rodzina przyjęła nas serdecznie, ale stwierdziła stanowczo: są biedniejsi od nas, my sobie poradzimy.
Nie widziałbym tego, gdym tam nie pojechał. Co więcej, odważyłem się zorganizować wolontariuszy, którzy pojechali do powodzian, by z nimi porozmawiać. Mieli za zadanie wręczyć paczkę, ale tez robić ankietę. Chodziło o to, aby wyszukać tych, którzy sami nie podźwigną się po powodzi. Chcemy zorganizować drugą i trzecią turę akcji SZLACHETNA PACZKA DLA POWODZIAN. Ale potrzebujemy danych. Sami chcemy znaleźć tych, którzy potrzebują pomocy. Chcemy dowiedzieć się, czego naprawdę potrzebują. Pomyślmy, co to za lekarz, który stawiałby diagnozę, oglądając zdjęcia. Tak samo jest z pomocą – by skutecznie pomagać, trzeba wszystko dokładnie zbadać.
W czasie wizyty wolontariuszy na terenach powodziowych ankieta jest ważna, ale przecież nie najważniejsza. Najważniejsze jest spotkanie. Wiele osób poszkodowanych widziało w telewizji rozpaczliwe relacje i wywiady. Ale przecież nieszczęście każdego jest inne. Każdy powódź przeżywał po swojemu i każdy chciałbym o niej opowiedzieć. Każdy chce być zauważony. Istnieje ogromna różnica pomiędzy „każdy” a „wszyscy”. Dla mnie ważny jest każdy. Sam mogę trafić jedynie do niektórych. Dlatego pomagam innym stać się wolontariuszami. By do każdego mogli dotrzeć. Oczywiście, nie dotarliśmy do wszystkich, ale się staramy. To zależy jednak już nie tylko ode mnie. To również decyzja wielu innych.
Pomagać, czyli zmienić się.
Bo tak naprawdę, to nie chodzi tylko o paczki i o wolontariat. Chodzi o to, ze jeśli ktoś już tam pojechał i tych ludzi odwiedził, nigdy nie będzie taki sam. Tego nie da się zapomnieć. Przyjaciół poznaje się w biedzie i w biedzie można się sprawdzić jako przyjaciel. Grzesiek, z zawody informatyk, był organizatorem jednej z grup wyjazdowych do powodzian. Chociaż trafili z pomocą do jednej z najbardziej poszkodowanych miejscowości, to po powrocie wręcz promieniał zapałem. Jakby wstąpiła w niego dodatkowa energia, potrzebna do zorganizowani bardziej zaawansowanej pomocy dla ponad 100 rodzin (np. potrzebne są lodówki). Wysłaliśmy na tereny powodziowe w Małopolsce ponad 400 wolontariuszy i większość z nich zgłaszała chęć dalszego zaangażowaniu. To dla mnie ciekawe. Ci którzy nie zmienili swojego planu dalej nie mieli czasu, a ci, którzy już to zrobili, gotowili byli to zrobić po raz kolejny. Widocznie pomaganie ubogaca.
Pomoc.
Dla mnie to najpierw człowiek i spotkanie, a dopiero potem świat rzeczy. Lubię powtarzać: zanim zostałem księdzem, byłem wolontariuszem. I ten wolontariat został mi do dzisiaj we krwi. Dzięki Bogu. Jak również to, że to jest zaraźliwe.
Możesz pomóc WIOŚNIE - zobacz, jak to zrobić! Każde wsparcie ma dla nas znaczenie, bo pozwala nam organizować mądrą pomoc. Z Tobą uda nam się zrobić jeszcze więcej!
<< powrót do strony głównej




























