GW Kraków, 14.12.2007

Chcą prostego życia z meldunkiem

- Nie boję się o siebie. Patrzyłam śmierci w oczy. Boję się tego, że mi kiedyś dzieci powiedzą: "Wstydziliśmy się takiego życia, mamo!".

W wąskim przedpokoju rzędem stoją buty, wiszą kurtki i palta. W powietrzu pachnie obiadem. Akurat gotuje się barszcz. Dzieciaki za nim przepadają. Do tego - ich zdaniem - najlepsze są podsmażane ziemniaki. Takie, żeby chrupały w zębach. Beata je właśnie szykuje. Swoją porcję zjedli już Karolcia i Hirek. Zaraz zje Mateusz, a potem Sylwek (jak tylko wróci ze szkoły). Oskar śpi, więc w domu jest cicho, ale zaraz się obudzi. Dom zacznie skakać. W tym samym pokoju (bo jedynym) Mateusz siedzi przy komputerze - na tapecie gra strategiczna. Karolcia z Hirkiem układają klocki. Czasem biegają, ale bez kapci. Na palcach.

W Polsce bieda może być tylko zawiniona

Siadamy z Beatą przy niewielkim stole w kuchni. Nie bardzo chciała się zgodzić na tę rozmowę. Boi się, że ktoś potem będzie wytykał jej dzieci palcami. Powie: "O! To te biedaki!". - Bo w Polsce, proszę pani, bieda może być tylko zawiniona. O tej niezawinionej ludzie się boją mówić, bo wtedy dociera do nich, że może zajrzeć również do ich domu - mówi Beata.

Ona z mężem doskonale zna to uczucie. Też się kiedyś bali. Był lipiec 2001 roku. Mieszkali w Gródku nad Dunajcem. Spłacali dom u człowieka, który chciał się go pozbyć. "Na co mi taka rudera" - mówił. Dla nich to był skarb. Wreszcie mieli coś swojego. Rafał remontował go kawałek po kawałku. Wszystko robił sam. Miał do tego dryg. Beata zajmowała się domem i dziećmi. Na wszystkim oszczędzali. W sierpniu mieli wpłacić ostatnią ratę, ale Pan Bóg miał widać inny plan. Tego lata non stop padały ulewne deszcze. Dunajec wdarł się siłą do ich domu. Podobnie było w tysiącach innych domów w Polsce - zalały je rzeki. "Powódź stulecia" - krzyczały potem tytuły z pierwszych stron gazet.

Mężczyzna, któremu spłacali dom, uznał transakcję za nieważną. Wszystkie ich dokumenty i dowody spłaty zabrała woda. On dostał odszkodowanie. Oni nie dostali nic. Chodzili po wsi i zbierali podpisy od sąsiadów, że faktycznie mieszkali w domku nad rzeką. Z dwójką dzieci trafili do Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Krakowie. - Z całego dobytku tylko to nam zostało - mówi Beata, wyciągając z szuflady maleńką, srebrną łyżeczkę. - To był początek naszego życia w Krakowie. Mateusz miał wtedy 5 lat i ciągle pytał: "Mamusiu dlaczego nie zabrałaś mojego traktorka? Czemu o nim zapomniałaś?". Do końca życia tego traktorka nie zapomnę - urywa Beata.

Bezdomny? Dziękujemy!

Z ośrodka wyszli po kilku miesiącach. Rafał znalazł pracę. Wynajęli mieszkanie. Wtedy urodził się Hirek. Ludzie, którzy wynajmowali im stancję, kazali się wynieść. Mówili, że dzieci przeszkadzają sąsiadom, że im zniszczą meble. Od tamtej pory przeprowadzali się 21 razy. Powodów było kilka: dzieci, brak meldunku, zaległości w opłatach. Przez ten meldunek Rafał miał ciągle problemy ze znalezieniem pracy. "Bezdomny? Dziękujemy!" - mówili pracodawcy, wpatrując się w ścianę za jego plecami. W końcu zamieszkali na Malborskiej. Dogadali się z właścicielami kamienicy. Płacili zawsze w terminie. Mogło nie być na chleb, ale na opłaty musiało być. Taki był warunek. Zbliżało się Boże Narodzenie 2003 roku. Zabrakło na chleb. Beata nie spała całą noc. Rano wzięła Mateusza i pismo z ośrodka interwencji i poszła do sąsiednich bloków prosić o pomoc.

- Nigdy nie zapomnę momentu, gdy wcisnęłam dzwonek pierwszego mieszkania - wspomina. - Nie mogłam z siebie wydusić słowa. Płakać też nie mogłam.

Byli tacy, którzy dawali coś do jedzenia. Byli też tacy, którzy chcieli spuścić psa. "Było tyle dzieci nie robić" - krzyczeli przez uchylone drzwi. Tego roku na wigilijnym stole mieli barszczyk z uszkami, filet z mintaja i kawałek sernika. O prezentach nikt nawet nie marzył.

Pierwszy raz ktoś nas tak obdarował

Kiedy Karolcia miała 4 miesiące, lekarze wykryli u Beaty raka. Schudła do 34 kilogramów (przy wzroście 157 cm). Brała kolejne chemie. Była tak słaba, że nie mogła wstawać z łóżka. Rafał zajął się domem, dziećmi, nią. Zaniedbał pracę. Wyrzucili go. Zdarzało się, że nie mieli co do garnka włożyć. Beata straciła włosy. Traciła po kolei zęby. "Mama, ty się nie martw, damy ci swoje. O, zobacz, jakie ładne" - mówili chłopcy, głaszcząc ją po głowie i wyszczerzając swoje mleczaki. Nie stać ich było na leki.

Ale tego roku w ich domu pojawili się ludzie ze stowarzyszenia Wiosna, które organizuje Świąteczną Paczkę. Tuż przed Bożym Narodzeniem do domu wjechało 12 paczek i list z życzeniami "Wesołych Świąt!" od ludzi, którzy zrobili im prezenty. - Pierwszy raz w życiu ktoś nas tak obdarował. W dodatku ktoś zupełnie obcy - podkreśla Beata.

Jej walka z rakiem trwała ponad trzy lata. Wygrała! Niedługo potem na świat przyszedł Oskar. Rafał założył własną firmę - ma ekipę, która robi prace wykończeniowe: kładą glazurę i terakotę, robią malowanie, zajmują się stolarką. Zdarza się, że pracuje 12 godzin na dobę. Składki na ZUS i podatki zjadają większość przychodów firmy, ale - jak podkreśla Rafał - to była jedyna szansa na to, żeby mieć pewną pracę, bo ani on, ani Beata, ani ich dzieci do tej pory nie mają meldunku.

Kiedy Beata była ciężko chora, miasto obiecało, że znajdzie dla nich mieszkanie. Wciągnęło ich na listę, ale do dziś słyszą od urzędników, że nie ma dla nich odpowiedniego metrażu, więc są te 34 metry: piętrowe łóżko na którym śpi Hirek z Mateuszem i Karolcia, łóżeczko Oskara, tapczan Beaty i Rafała, materac Sylwka, segment, a pod nim suszarka na ubrania i koń na biegunach.

Centrum życia chłopców stanowi komputer. Beata z Rafałem wzięli go kilka miesięcy temu na raty, bo wszyscy koledzy Mateusza w klasie już mieli. On nie. Z tego samego powodu kupili mu na Mikołaja telefon komórkowy (odkładali na niego co miesiąc po 20 zł). Hirek z Sylwkiem dostali resoraki, Karolcia lalkę i pistolet (bo list o takiej treści wystosowała do Mikołaja), a Oskar rajtki w paski. Mikołaj przyszedł też do Beaty - dostała od Rafała całkiem nowe buty. Pierwsze od lat. Niemal wszystko, co ma, ma po kimś albo od kogoś. Każdy grosz idzie na dzieci: żeby je ładnie ubrać, żeby odłożyć na książki i jakąś wycieczkę, opłacić internet, żeby nie czuły się gorsze od innych. - Ja się nie boję o siebie. Patrzyłam śmierci w oczy. Boję się tego, że mi kiedyś dzieci powiedzą: "Wstydziliśmy się takiego życia mamo!" - mówi Beata.

Pora wziąć się w garść

I o to lepsze życie Beata walczy, robiąc na zamówienie uszka z grzybami albo mięsem i sprzedając 50 sztuk za 5-6 zł. Albo znów komuś umyje okna, posprząta (jak ma kto z dziećmi zostać). Mówi, że chce pomóc mężowi. On wstaje o 5, 6 rano, je w biegu śniadanie, wraca o 20, czasem później. Jak ma siłę, to bawi się z dziećmi. Jak nie ma, to opowiada im, co tam w pracy, albo wymyśla bajki. W tym roku nie zrobili listy potrzeb do Świątecznej Paczki. Wstydzą się. Mówią, że to już czwarty rok. Pora wziąć się w garść.

Ale ludzie z Wiosny ich nie zostawili. Szukają osób, które im zrobią prezenty. Takie zwyczajne: żywność, środki czystości, odzież dla dzieci i słodycze. I te bardziej wymarzone: Sylwek chciałby dostać pajęczynę Spidermana (taką, którą się zakłada na rękę i strzela w powietrze), Hirek zdalnie sterowane autko (nie musi być czerwone), Karolcia tradycyjnie pistolet, a Mateusz markową bluzę, taką, jakie mają chłopaki w szkole.

Rodzicom przydałaby się lodówka, bo stara lada dzień wyzionie ducha. Zamrażalnik już dawno padł. Ale Beata i Rafał tego nie powiedzą. Na nadchodzący rok mają tylko jedno życzenie: - Chcielibyśmy dla naszej rodziny normalnego, prostego życia z meldunkiem. Jak będzie ten adres w dowodzie, to człowiek będzie mógł wreszcie podnieść głowę do góry. Pomyśli o sobie. Zrobi zęby. Zacznie w końcu nowy rozdział - mówi Beata.

Ostatni dzień robienia paczek

Już jutro i w niedzielę wielki finał Świątecznej Paczki. A jeszcze dziś można się włączyć w akcję. Wystarczy wejść na stronę www.swiatecznapaczka.pl i wybrać rodzinę. Każda ma numer ID, który pozwala jej zachować anonimowość. Tym numerem trzeba będzie oznaczyć paczkę. Określ magazyn (z podanej na stronie listy), do którego ją dostarczysz. Nawet jeśli nie jesteś w stanie zaspokoić wszystkich wymienionych przez rodzinę potrzeb - nie rezygnuj. Liczy się każdy gest. We wskazanym dniu przywieź paczkę do wybranego magazynu. Potem czekaj na święta. Dzięki tobie dla kogoś będą one wyjątkowe. MW

Copyright © 2007-2008  •  Wykonanie: INVENTOR Multimedia