Maciek Pietrzyk (Newsletter, 24.X.2008)

Historyk. Bębniarz. Radiowiec. Showman. Dawniej wolontariusz, a dziś - specjalista od PRZYSZŁOŚCI. A dokładnie – AKADEMII PRZYSZŁOŚCI.

Jeszcze jako wolontariusz Maciek opowiedział nam o tym, co to naprawdę znaczy być dla kogoś TUTOREM. Posłuchajcie!

Podczas spotkań z dzieckiem trzeba być kimś więcej niż belfrem. Nie można używać retoryki nauczyciela – ocen, gróźb, kar… Trzeba być na delikatnej granicy – tam, gdzie szacunek zyskujesz nie z racji swego wieku czy stopnia, ale dzięki temu, jak rozmawiasz i jak szanujesz swojego ucznia. Inaczej odpadasz.

- Co sprawiło, że postanowiłeś zostać wolontariuszem?

- Zawsze chciałem uczyć i wiedziałem, że będę. Pamiętam, że byłem na drugim roku studiów i jadłem obiad w barze mlecznym na Grodzkiej. Zobaczyłem ogłoszenie o naborze tutorów. Pomysł bardzo mi się spodobał i zgłosiłem się do AKADEMII PRZYSZŁOŚCI. Przeszedłem kurs organizowany przez WIOSNĘ, ale i tak nie czułem się zbyt pewnie. Do pierwszej szkoły szedłem ze świadomością, że polegam tylko na sobie. Wiedziałem, że będę spotykać się z uczniem indywidualnie – nikogo więcej oprócz jego i mnie tam nie będzie. W gimnazjum nauczyciele patrzyli na mnie z politowaniem. Pedagog, który miał mnie wprowadzić, powiedział, że da mi wpis do praktyk i mogę wracać. Gdy wyjaśniłem mu sprawę, zapytał: „Zgłupiał pan?!”. Mało kto rozumiał, dlaczego z własnej woli chcę spędzać czas w nowohuckim gimnazjum.

- I jaki był ten Twój pierwszy uczeń?

- To był Rafał – czternastolatek. Gdy się poznaliśmy, był zagrożony chyba ze wszystkich przedmiotów. Uczyłem go historii i angielskiego. Miał ogromne problemy z koncentracją; był zdolny, ale nie potrafił się skupić na nauce. Myślałem, że będzie ciężko, ale w przypadku spotkań jeden na jeden łatwiej było wprowadzić zasady. Nie było ucieczki przed uwagą; patrzysz dzieciakowi prosto w oczy i nie ma tego całego tła klasy, na którym on chciałby zaistnieć.

- Takie spotkania są chyba czymś więcej niż zwykłe korepetycje?

- Tak, to coś specyficznego. Chodzi w nich nie tyle o to, by uczeń nagle miał same piątki, ale w pewnym sensie o motywację do życia – to znaczy o pokazanie mu, że można mieć jakieś pasje, aspiracje; o pomoc w odkryciu własnych talentów. Sama idea jest świetna – w szkole zjawia się dorosły człowiek, student i to jest samo w sobie nobilitujące, bo przecież przyjeżdża właśnie do ciebie. Na początku dzieci – owszem – wstydzą się pomocy. Sukcesem jest, kiedy podczas pierwszych zajęć dziecko powie więcej niż „tak” lub „nie”, odpowiadając na moje pytania.

- Zdarza się pewnie tak, że uczeń, do którego przychodzisz, ma jakieś problemy w domu. Jak na to reagujesz?

- Uczono nas w Akademii, że nie wolno angażować się w problemy. Można słuchać, ale nie komentować. No bo co odpowiedzieć, gdy ktoś mówi, że tata zapił, że znów kłótnia w domu? Mam iść pobić tego ojca? Słucham i próbuję podejść do tego ucznia z drugiej strony; nagradzać, mówić „Brawo!” – nawet, gdy rozwiązuje zadanie „prawie dobrze". Chcę pokazać, że jest wartościowy, bo cóż innego mogę zrobić? Nie jestem psychologiem, nie potrafię rozwiązać problemów jego rodziny. Wiara w siebie u większości z tych dzieci jest mocno osłabiona.

- Jakie doświadczenia wyniosłeś z pracy w AKADEMII PRZYSZŁOŚCI?

- Przeszedłem parę kursów, ale przede wszystkim czuję sens tego, co robię. Może w przyszłości będę uczył. Jakiś czas temu zastępowałem koleżankę w liceum na praktykach, miałem jedną lekcję – było to zupełnie inne przeżycie niż w Akademii. Głośno, trzydzieści parę gardeł, kilku klasowych „kozaczków”. Dzieci zaczęły wyzywać mnie od wieśniaków. Jedyne, co mogłem zrobić, to zejść z piedestału. Wejść z nimi w interakcje. Powiedzieć: Jako wieśniak opowiem wam o… Tak zrobiłem. I wówczas zaczęli mnie słuchać, zainteresowałem ich, zostali przez przerwę i chcieli nawet zrezygnować z WF-u! Po lekcji ten, który krzyczał najgłośniej, podszedł i podał mi rękę. Powiedział, że jestem w porządku i że przeprasza.

- Jak myślisz, dla jakich ludzi praca w AKADEMII PRZYSZŁOŚCI mogłaby okazać się odpowiednia?

- Chyba dla tych, którzy naprawdę wiedzą, co chcą robić i wierzą w to. Program sam eliminuje osoby, które – myśląc o wolontariacie w Akademii – wykazały się za daleko idącą lekkością. Naprawdę – kiedy akurat pada, sypie czy jedno i drugie naraz, perspektywa bujania się na drugi koniec miasta nie ma już walorów przygodowych. Dodajmy, że możesz mieć inne obowiązki, zły dzień, być zdrowotnie nadwyrężonym i tak dalej. Właśnie wtedy jedna z głównych zasad Akademii – systematyczność – ciąży najbardziej. No i na lekcje będąc nieprzygotowanym też jechać nie można, bo dzieciak od razu wyłapie, że coś tam kuleje w twojej opowieści. Trzeba to czuć i być gotowym na to, że „dziękuję” usłyszysz dopiero na koniec roku – i to od koordynatora akcji. Sam musisz wiedzieć, że robisz dobrze i dobrze się z tym czuć.

- Co poradziłbyś tym, którzy dopiero wybierają się na pierwsze spotkanie z uczniem?

Luz, brak ciśnienia, uśmiech i dużo pozytywnej energii. I nie wmawiać sobie, że po paru spotkaniach z tobą twój podopieczny wsiądzie w samolot do Sztokholmu po nagrodę Nobla za osiągnięcia w nauce. To chyba podstawowy i najczęstszy błąd – sam też go popełniłem. Dopiero po paru miesiącach dojrzałem do sprawy na tyle, że trójka z kartkówki dla Rafała była dla mnie powodem do kupienia sobie dobrej butelki wina. Jak przyjedzie jakaś przestraszona duszyczka, co rozmawia z uczniem z poziomu katedry nauczycielskiej (dosłownie i w przenośni), dla dziecka będzie to kolejna nudna lekcja, a ty będziesz tylko następnym belfrem – a trzeba być kimś więcej. Nie można używać retoryki nauczyciela – ocen, gróźb, kar. Trzeba być na delikatnej granicy – tam, gdzie szacunek zyskujesz nie z racji wieku czy stopnia, a tego, jak rozmawiasz i szanujesz swojego ucznia. Inaczej odpadasz.

Rozmawiała Katarzyna Janicka

powrót

Copyright © 2007-2010  •  Wykonanie: INVENTOR Multimedia