Sławomir Miroński: Więźniowie i pielgrzymi
Zderzają się tu dwie rzeczywistości: świat chorych, często w bardzo ciężkim stanie, poruszających się na wózkach inwalidzkich i więzienie, gdzie kult ciała i siły jest jedną z najważniejszych rzeczy – to wszystko ma na skazanych ogromny wpływ i zmiany w nich są piorunujące. Ze Sławomirem Mirońskim, kierownikiem Działu Penitencjarnego w Zakładzie Karnym w Białej Podlaskiej rozmawia Dorota Mularz
Co łączy więziennictwo z tematem pomagania?
Wbrew pozorom to są bardzo pokrewne tematy. W Polsce w więzieniach przebywa obecnie ponad 80 tysięcy skazanych. Duży procent z nich wychodzi co roku na wolność. Wiadomo, że izolacja i zabezpieczenie ludzi, którzy popełnili przestępstwa są ważne, ale przecież ci ludzie wcześniej czy później wyjdą i będą żyli między nami. Po kilku czy kilkunastu latach zamknięcia taki powrót jest bardzo trudny, więc my musimy im pomóc poradzić sobie z rzeczywistością zewnętrzną. Trzeba podać im rękę, by w jakiś sposób mogli się w niej odnaleźć. By do więzienia już nie wrócili.
Jak to zrobić?
Jednym z etapów przygotowania skazanego do wyjścia na wolność jest praca poza zakładem. W naszej placówce większość więźniów pracuje. Jest kilka grup pracujących odpłatnie, ale większość wykonuje prace społeczne, charytatywne – na rzecz szkół, instytucji miasta czy fundacji takich, jak Caritas. Co ważne, w każdym przypadku jest to osobista decyzja skazanego, czy chce podjąć pracę. Zakład Karny w Białej Podlaskiej od kilku lat współpracuje z Polskim Towarzystwem Chorych na Stwardnienie Rozsiane. Co roku, w zależności od możliwości finansowych Towarzystwa od czterech do dziesięciu więźniów może wziąć udział w prowadzonym przez nie kursie asystenta osoby starszej lub niepełnosprawnej. Taki kurs składa się z części teoretycznej, przeprowadzanej w naszym zakładzie oraz praktycznej, warsztatowej, która jest już pracą z chorymi na oddziale. Kończy się otrzymaniem certyfikatu opiekuna, który umożliwia pracę na terenie całej Unii Europejskiej. To jeden z największych naszych projektów.
Czy skazani chcą brać udział w takich kursach?
Na początku różne są ich motywacje, jednak dobór uczestników do tego programu jest bardzo szczegółowy. Wstępna weryfikacja chętnych odbywa się w zakładzie. Tu zwracamy uwagę na artykuły skazanych, czyli przestępstwa z powodu których odbywają karę. Następnie, z kandydatem spotykają się specjaliści – psychologowie i terapeuci ze Towarzystwa, którzy kwalifikują skazanych do udziału w kursie. Sam kurs jest bardzo ciężki: składa się z części teoretycznej ze szczegółowymi egzaminami, np. z anatomii. Dla skazanych, którzy przeważnie nie są wykształceni, to naprawdę duże wyzwanie. Mimo tego, bardzo motywuje ich to do pracy. Choć początkowo różne są intencje osób przystępujących do kursu, jednak dla nas ważne jest, by pobudzić w nich empatię. Częste wyroki to przemoc w rodzinie, więc tu kontakt z osobą słabszą i chorą jest formą terapii. Już po części warsztatowej, gdy skazani faktycznie pracują z chorymi, widać, jak ci twardzi mężczyźni miękną, widać ogromne zmiany i wpływ jaki miał na nich ten kontakt. Mają wtedy możliwość spojrzeć na swoje życie poprzez pryzmat problemów innych. Zauważmy, że zderzają się tu dwie rzeczywistości: świat chorych, często w bardzo ciężkim stanie, poruszających się na wózkach inwalidzkich i więzienie, gdzie kult ciała i siły jest jedną z najważniejszych rzeczy – to wszystko ma na nich ogromny wpływ i zmiany są piorunujące.
A jak podopieczni Stowarzyszenia reagują na skazanych?
Teraz ten kontakt jest bardzo naturalny, ale pierwsze dwa lata, gdy rozpoczynaliśmy współpracę były ciężkie: wiadomo, jak społeczeństwo zewnętrzne odbiera więźniów, jakie stereotypy rządzą ich postrzeganiem. Mówiąc najoględniej, nie są to pozytywne reakcje i ludzie z zewnątrz traktują więźniów i instytucję więzienia z dużym dystansem i obawą. Jednak niesamowite jest to, że kiedy ci ludzie się poznają i stereotypy przestaną działać, wszystko się zmienia. Najlepszym na to dowodem jest niedawna historia: co roku Towarzystwo przyznaje nagrody zwane „Delfinkami” – wyróżnienia dla tych, którzy najaktywniej działają na jego rzecz. O wynikach plebiscytu decydują podopieczni Towarzystwa. Przeważnie pierwsze miejsca zdobywają ważne osobistości ze społeczności lokalnej – prezydent miasta czy prezes dużej firmy, która wspomogła stowarzyszenie finansowo. Natomiast w jednym roku wygrał jeden z naszych skazanych – i to zdobywając pierwsze miejsce. A prezydentowi miasta przypadło miejsce kolejne. W tym zestawieniu to było dosyć ciekawe. Poza tym, możemy już mówić o wieloletnich doświadczeniach: stwardnienie rozsiane to choroba przewlekła, rozciągająca się w czasie i postępująca stopniowo, dlatego jest kilka osób chorych, które mają kontakt z więźniami w zasadzie od początku naszej współpracy z Towarzystwem. Teraz widać, jak te osoby same otwierają się na nowych skazanych, wchodzących dopiero do programu, początkowo z pewnym dystansem: pomagają im postawić pierwsze kroki, uczą kontaktu. Na przestrzeni kilku lat trwania programu nie mieliśmy żadnych negatywnych doświadczeń. Co więcej, skazani co roku uczestniczą jako opiekunowie osób niepełnosprawnych w pielgrzymkach do sanktuarium w Leśnej Podlaskiej i Częstochowy.
Więźniowie jeżdżą na pielgrzymki?
Najczęściej są to wytypowani przez nas absolwenci kursu asystenta - pamiętam jednego skazanego, który spędził w więzieniu dwadzieścia kilka lat. Gdy przyjechał do nas do zakładu początkowo dość dziwnie reagował: wcześniej cały czas przebywał w placówkach zamkniętych, a tu miał szansę wyjść na zewnątrz. W tym człowieku było widać już pewne zmiany osobowościowe na skutek tak długiego pobytu w zamknięciu. Ukończył jednak kurs asystenta i pojechał jako opiekun osób niepełnosprawnych na pielgrzymkę. Po powrocie rozmawiałem z nim w cztery oczy: na tym twardym facecie, tyle lat przebywającym w więzieniu to doświadczenie wywarło niesamowity wpływ. Treść religijna nie miała tutaj takiego znaczenia jak kontakt z osobą niepełnosprawną. Zderzenia atmosfery miłości, właściwej takim wydarzeniom z rzeczywistością więzienną – ktoś potraktował go jak człowieka, ktoś prosił o pomoc - ten mężczyzna miał łzy w oczach.
Jaki rezultat mają takie działania?
Po pierwsze, przygotowują skazanych do wyjścia na wolność, czyli readaptacji: to okres kilku lat, kiedy skazani mogą wyjść na zewnątrz i wejść w relacje z otoczeniem. Oni również są świadomi, że im więcej włożą wysiłku w swoją aktywność tym łatwiej zostaną wynagrodzeni w taki sposób, że administracja wystąpi o warunkowe zwolnienie. Dodatkowo, działa to na więźniów, którym zostało jeszcze wiele lat pozbawienia wolności: jest dla nich motywacją, kiedy widzą, jak może wyglądać ich przyszłość, że jest sens się starać, że da się uzyskać nagrodę w postaci wyjścia na zewnątrz. Daje to skazanym dłuższą perspektywę i nadzieję. No i kwestia lokalnej społeczności, która ma potem przyjąć skazanego: ważne by ona otworzyła się na skazanych. Zakład karny nie może być anonimowym budynkiem w przestrzeni miasta. Szereg instytucji społecznych czy szkół przychodzi do nas z prośbą o pomoc – w odmalowaniu klasy czy innych remontach. Dyrektorzy takich placówek są bardzo otwarci i sami proponują współpracę, więc świadczy to o pozytywnym odbiorze więźniów przez otoczenie. W naszym zakładzie przebywa około 300 osadzonych, a 140 z nich wychodzi na zewnątrz do pracy. Co prawda, praca w środowiskach mniejszych jest łatwiejsza, bo nie ma problemów instytucjonalnych: tutaj człowiek może przyjść do człowieka.
Więźniowie z Waszego zakładu sami pomogli innym – fundując indeks AKADEMII PRZYSZŁOŚCI dla jednego z dzieci…
Tak, w zakładzie działa Fundusz Samopomocy Więźniom, z którego skazani przeznaczają część pieniędzy na pomoc innym. Takie działania mają dla nich ogromne znaczenie – zwłaszcza pomoc dzieciom, bo jak nikt inny wiedzą, jakie mogą być konsekwencje tego, że ktoś w odpowiednim momencie nie poda im ręki.
Czytaj również: W drodze do sukcesu nie ma windy - wywiad z Brianem Tracy>>
Możesz pomóc WIOŚNIE - zobacz, jak to zrobić! Każde wsparcie ma dla nas znaczenie, bo pozwala nam organizować mądrą pomoc. Z Tobą uda nam się zrobić jeszcze więcej!
<< powrót do strony głównej
Co łączy więziennictwo z tematem pomagania?
Wbrew pozorom to są bardzo pokrewne tematy. W Polsce w więzieniach przebywa obecnie ponad 80 tysięcy skazanych. Duży procent z nich wychodzi co roku na wolność. Wiadomo, że izolacja i zabezpieczenie ludzi, którzy popełnili przestępstwa są ważne, ale przecież ci ludzie wcześniej czy później wyjdą i będą żyli między nami. Po kilku czy kilkunastu latach zamknięcia taki powrót jest bardzo trudny, więc my musimy im pomóc poradzić sobie z rzeczywistością zewnętrzną. Trzeba podać im rękę, by w jakiś sposób mogli się w niej odnaleźć. By do więzienia już nie wrócili.
Jak to zrobić?
Jednym z etapów przygotowania skazanego do wyjścia na wolność jest praca poza zakładem. W naszej placówce większość więźniów pracuje. Jest kilka grup pracujących odpłatnie, ale większość wykonuje prace społeczne, charytatywne – na rzecz szkół, instytucji miasta czy fundacji takich, jak Caritas. Co ważne, w każdym przypadku jest to osobista decyzja skazanego, czy chce podjąć pracę. Zakład Karny w Białej Podlaskiej od kilku lat współpracuje z Polskim Towarzystwem Chorych na Stwardnienie Rozsiane. Co roku, w zależności od możliwości finansowych Towarzystwa od czterech do dziesięciu więźniów może wziąć udział w prowadzonym przez nie kursie asystenta osoby starszej lub niepełnosprawnej. Taki kurs składa się z części teoretycznej, przeprowadzanej w naszym zakładzie oraz praktycznej, warsztatowej, która jest już pracą z chorymi na oddziale. Kończy się otrzymaniem certyfikatu opiekuna, który umożliwia pracę na terenie całej Unii Europejskiej. To jeden z największych naszych projektów.
Czy skazani chcą brać udział w takich kursach?
Na początku różne są ich motywacje, jednak dobór uczestników do tego programu jest bardzo szczegółowy. Wstępna weryfikacja chętnych odbywa się w zakładzie. Tu zwracamy uwagę na artykuły skazanych, czyli przestępstwa z powodu których odbywają karę. Następnie, z kandydatem spotykają się specjaliści – psychologowie i terapeuci ze Towarzystwa, którzy kwalifikują skazanych do udziału w kursie. Sam kurs jest bardzo ciężki: składa się z części teoretycznej ze szczegółowymi egzaminami, np. z anatomii. Dla skazanych, którzy przeważnie nie są wykształceni, to naprawdę duże wyzwanie. Mimo tego, bardzo motywuje ich to do pracy. Choć początkowo różne są intencje osób przystępujących do kursu, jednak dla nas ważne jest, by pobudzić w nich empatię. Częste wyroki to przemoc w rodzinie, więc tu kontakt z osobą słabszą i chorą jest formą terapii. Już po części warsztatowej, gdy skazani faktycznie pracują z chorymi, widać, jak ci twardzi mężczyźni miękną, widać ogromne zmiany i wpływ jaki miał na nich ten kontakt. Mają wtedy możliwość spojrzeć na swoje życie poprzez pryzmat problemów innych. Zauważmy, że zderzają się tu dwie rzeczywistości: świat chorych, często w bardzo ciężkim stanie, poruszających się na wózkach inwalidzkich i więzienie, gdzie kult ciała i siły jest jedną z najważniejszych rzeczy – to wszystko ma na nich ogromny wpływ i zmiany są piorunujące.
A jak podopieczni Stowarzyszenia reagują na skazanych?
Teraz ten kontakt jest bardzo naturalny, ale pierwsze dwa lata, gdy rozpoczynaliśmy współpracę były ciężkie: wiadomo, jak społeczeństwo zewnętrzne odbiera więźniów, jakie stereotypy rządzą ich postrzeganiem. Mówiąc najoględniej, nie są to pozytywne reakcje i ludzie z zewnątrz traktują więźniów i instytucję więzienia z dużym dystansem i obawą. Jednak niesamowite jest to, że kiedy ci ludzie się poznają i stereotypy przestaną działać, wszystko się zmienia. Najlepszym na to dowodem jest niedawna historia: co roku Towarzystwo przyznaje nagrody zwane „Delfinkami” – wyróżnienia dla tych, którzy najaktywniej działają na jego rzecz. O wynikach plebiscytu decydują podopieczni Towarzystwa. Przeważnie pierwsze miejsca zdobywają ważne osobistości ze społeczności lokalnej – prezydent miasta czy prezes dużej firmy, która wspomogła stowarzyszenie finansowo. Natomiast w jednym roku wygrał jeden z naszych skazanych – i to zdobywając pierwsze miejsce. A prezydentowi miasta przypadło miejsce kolejne. W tym zestawieniu to było dosyć ciekawe. Poza tym, możemy już mówić o wieloletnich doświadczeniach: stwardnienie rozsiane to choroba przewlekła, rozciągająca się w czasie i postępująca stopniowo, dlatego jest kilka osób chorych, które mają kontakt z więźniami w zasadzie od początku naszej współpracy z Towarzystwem. Teraz widać, jak te osoby same otwierają się na nowych skazanych, wchodzących dopiero do programu, początkowo z pewnym dystansem: pomagają im postawić pierwsze kroki, uczą kontaktu. Na przestrzeni kilku lat trwania programu nie mieliśmy żadnych negatywnych doświadczeń. Co więcej, skazani co roku uczestniczą jako opiekunowie osób niepełnosprawnych w pielgrzymkach do sanktuarium w Leśnej Podlaskiej i Częstochowy.
Więźniowie jeżdżą na pielgrzymki?
Najczęściej są to wytypowani przez nas absolwenci kursu asystenta - pamiętam jednego skazanego, który spędził w więzieniu dwadzieścia kilka lat. Gdy przyjechał do nas do zakładu początkowo dość dziwnie reagował: wcześniej cały czas przebywał w placówkach zamkniętych, a tu miał szansę wyjść na zewnątrz. W tym człowieku było widać już pewne zmiany osobowościowe na skutek tak długiego pobytu w zamknięciu. Ukończył jednak kurs asystenta i pojechał jako opiekun osób niepełnosprawnych na pielgrzymkę. Po powrocie rozmawiałem z nim w cztery oczy: na tym twardym facecie, tyle lat przebywającym w więzieniu to doświadczenie wywarło niesamowity wpływ. Treść religijna nie miała tutaj takiego znaczenia jak kontakt z osobą niepełnosprawną. Zderzenia atmosfery miłości, właściwej takim wydarzeniom z rzeczywistością więzienną – ktoś potraktował go jak człowieka, ktoś prosił o pomoc - ten mężczyzna miał łzy w oczach.
Jaki rezultat mają takie działania?
Po pierwsze, przygotowują skazanych do wyjścia na wolność, czyli readaptacji: to okres kilku lat, kiedy skazani mogą wyjść na zewnątrz i wejść w relacje z otoczeniem. Oni również są świadomi, że im więcej włożą wysiłku w swoją aktywność tym łatwiej zostaną wynagrodzeni w taki sposób, że administracja wystąpi o warunkowe zwolnienie. Dodatkowo, działa to na więźniów, którym zostało jeszcze wiele lat pozbawienia wolności: jest dla nich motywacją, kiedy widzą, jak może wyglądać ich przyszłość, że jest sens się starać, że da się uzyskać nagrodę w postaci wyjścia na zewnątrz. Daje to skazanym dłuższą perspektywę i nadzieję. No i kwestia lokalnej społeczności, która ma potem przyjąć skazanego: ważne by ona otworzyła się na skazanych. Zakład karny nie może być anonimowym budynkiem w przestrzeni miasta. Szereg instytucji społecznych czy szkół przychodzi do nas z prośbą o pomoc – w odmalowaniu klasy czy innych remontach. Dyrektorzy takich placówek są bardzo otwarci i sami proponują współpracę, więc świadczy to o pozytywnym odbiorze więźniów przez otoczenie. W naszym zakładzie przebywa około 300 osadzonych, a 140 z nich wychodzi na zewnątrz do pracy. Co prawda, praca w środowiskach mniejszych jest łatwiejsza, bo nie ma problemów instytucjonalnych: tutaj człowiek może przyjść do człowieka.
Więźniowie z Waszego zakładu sami pomogli innym – fundując indeks AKADEMII PRZYSZŁOŚCI dla jednego z dzieci…
Tak, w zakładzie działa Fundusz Samopomocy Więźniom, z którego skazani przeznaczają część pieniędzy na pomoc innym. Takie działania mają dla nich ogromne znaczenie – zwłaszcza pomoc dzieciom, bo jak nikt inny wiedzą, jakie mogą być konsekwencje tego, że ktoś w odpowiednim momencie nie poda im ręki.
Czytaj również: W drodze do sukcesu nie ma windy - wywiad z Brianem Tracy>>
Możesz pomóc WIOŚNIE - zobacz, jak to zrobić! Każde wsparcie ma dla nas znaczenie, bo pozwala nam organizować mądrą pomoc. Z Tobą uda nam się zrobić jeszcze więcej!
<< powrót do strony głównej





