Ryzyko pomagania - Grzegorz Turnau

W listopadzie do licznych przejawów jego sławy doszedł kolejny: „znany krakowski muzyk Grzegorz T. trafił do pudła”, w ramach kampanii promującej akcję SZLACHETNA PACZKA. Rozmowa z Grzegorzem Turnauem o kulisach tamtej akcji.

Czy pomaganie wiąże się z ryzykiem?

Odpowiem może trochę asekurancko, ale cytatem z pana Przybory: „Nie ma nic bez ryzyka. Tylko widz go unika. A kto chce być wewnątrz zdarzeń, musi żyć wciąż z bagażem”. Krótko mówiąc – pomaganie wiąże się z ryzykiem, tak samo jak każda inna działalność widoczna. Można oczywiście wybrać
działalność mniej widoczną, która też może być bardzo pożyteczna i ważna. Ale jeżeli jest to działalność widoczna, to zawsze wiąże się z ryzykiem.


A na czym ono polega?

Na tym przede wszystkim, że poprzez taką formę publicznej aktywności można być podejrzewanym o chęć reklamowania własnej osoby, a nie chęć niesienia pomocy. I to jest zawsze ryzyko. W moim przypadku współpraca ze Stowarzyszeniem WIOSNA i akcją SZLACHETNA PACZKA od początku miała charakter całkowicie czysty i jak gdyby nieskazitelny pod względem reklamowo-komercyjnym. Tu nikt nikogo nie reklamował. Po prostu postanowiłem zaangażować się w coś, co wydawało mi się dobrze wymyślone, dobrze zorganizowane i pożyteczne.


Pytam o to, bo w listopadzie ubiegłego roku wziął Pan udział w dość nietypowej i potencjalnie ryzykowanej kampanii społecznej.

I to bardzo nawet! (śmiech)

No właśnie – zaczęło się od rozpuszczonej w mediach plotki, że „znany krakowski artysta Grzegorz T. trafił do pudła”. Zanim się wyjaśniło, że chodzi o SZLACHETNĄ PACZKĘ i pomoc najuboższym, na internetowych forach zawrzało – również od nieżyczliwych komentarzy. Nie bał się Pan efektu odwrotnego od zamierzonego?

Nie – dlatego że gdybym zrobił to w celu promocji swojej nowej płyty, mógłbym kalkulować, co mi się opłaca, a co nie. Natomiast godząc się na tego typu prowokującą kampanię, z góry wiedziałem, że to nie jest katalog strat i zysków, tylko że ma ona czemuś służyć. A służyła temu, żeby zwrócić uwagę na pożyteczną akcję. Wydaje mi się, że nie straciłem przez to wiarygodności – jako piosenkarz i muzyk. W zamian pomogłem – jeszcze raz to podkreślę – bardzo pożytecznej akcji. Cały czas też przy takiej dość ryzykownej formie miałem na względzie tylko tę akcję, a nie swoją własną – nazwijmy to oględnie – popularność.

A jak się Pan czuł w pudle SZLACHETNEJ PACZKI? Czy medialny szum wokół pomagania – dziennikarze, flesze, kamery – pomaga czy przeszkadza w pomaganiu?

Mam do tego stosunek dość prosty: wszystko, co ma służyć innym ludziom, jednocześnie musi mieć jakiś rozgłos. Nie da się przeprowadzić bardzo skutecznej akcji pomocowej, jeżeli nie ma się rozgłosu i medialnego wsparcia. Wydaje mi się, że cały ten medialny rozgłos towarzyszący PACZCE był podporządkowany jednej idei: żeby ludzie zrozumieli, na czym polega możliwość pomagania innym.

Czy poza udziałem w akcji promocyjnej zrobił Pan też PACZKĘ dla jakiejś ubogiej rodziny?

Tak, razem z żoną i naszymi przyjaciółmi, zrobiliśmy, jak mi się wydaje, bardzo sympatyczną i potrzebną PACZKĘ. Była też ona dość duża, ale to akurat nie jest istotne. Ważne, że to nastąpiło, a dzięki temu o akcji dowiedziało się wiele osób. Przy tym zasada PACZKI jest taka, że kontaktujemy się tylko przez wolontariuszy, dlatego nie znam ludzi, którym pomogliśmy. Nie spodziewam się też w związku z tym żadnych podziękowań, bo to nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby działać i żeby zrobić coś dobrego.

Komu Państwo pomogli?

Pewnej wielodzietnej rodzinie z Krakowa. Mogę podać tylko jeden fakt: brakowało im stołu, żeby zasiąść przy świętach – po prostu nie stać ich było na taki zakup. To była jedna z wielu potrzeb tej rodziny. A jeżeli ktoś komuś, w jakimś sensie symbolicznie, może sprawić stół, to wydaje mi się, że to ma sens.

Czy w artystycznym świecie temat pomagania jest obecny – innymi słowy, nawiązując do hasła ze spotu reklamowego PACZKI, czy artyści są wrażliwi?

Wydaje mi się, że to w ogóle nie dotyczy tylko artystów czy ludzi sceny. To jest kwestia pewnej wrażliwości, która w moim pokoleniu była traktowana jako część dobrego wychowania. Mówiąc najprościej – w ramach dobrych manier powinno się również uwzględniać konieczność pomagania tym, którym się nie wiedzie; poza samą już indywidualną wrażliwością na los drugiego człowieka. I jeżeli jest taka możliwość, to bez względu na zawód – czy się jest artystą, piosenkarzem, aktorem, dziennikarzem, politykiem czy kimkolwiek znanym – należy to robić w taki sposób i wtedy, kiedy pomoc ma szanse powodzenia. A SZLACHETNA PACZKA, uważam, dawała takie szanse. I dalej będzie dawała, mam nadzieję!


W ciągu ostatnich miesięcy spotkałam się z różnymi głosami wśród tak zwanych celebrytów, których zapraszałam do współpracy z WIOSNĄ – niektórzy od razu się zgadzali, mówiąc, że skoro są znani, mogą zrobić więcej i pomaganie traktują jako swój szczególny obowiązek. Zdarzały się jednak osoby, które mi odmawiały, tłumacząc, że już za bardzo ostatnio pomagają, że za dużo jest o tym w mediach, że boją się podejrzliwych reakcji swojego środowiska albo też muszą dbać o urozmaicenie emploi i zmianę wizerunku. Jak Pan myśli – czy bycie sławnym nakłada na człowieka specjalny obowiązek pomagania? A może właśnie go z tego obowiązku zwalnia?

Wydaje mi się, że jak wszystko na świecie, jest to gdzieś pośrodku. Każdy z nas, czyli osób, które coś robią publicznie – występują, śpiewają, grają – ma naturalną potrzebę dbania o to, żeby być rozpoznawalnym. Jednocześnie – jeżeli ktoś chce pomagać przez to, że jest znany – to trudno mu stwarzać zarzut z tego właśnie, że udziela swojej twarzy dobrej akcji. Więc ja nie umiem rozsądzić tej kwestii. Sam w takich sprawach jestem bardzo pragmatyczny: jeżeli jakaś akcja jest dobrze zrobiona, ma ciekawą formę i jest rzetelnie przygotowana w sensie finansowym – czyli konkretni ludzie dostają konkretną pomoc w konkretnej sprawie – to nie obliczam, czy mnie jako osobie publicznej się to opłaca, czy nie. Mam wrażenie, że w przypadku PACZKI i mojego bycia „w pudle” ryzykowałem więcej niż mogłem ewentualnie zyskać sympatii. Jeszcze raz powtórzę: „Nie ma nic bez ryzyka. Tylko widz go unika”. I właśnie ja w PACZCE postanowiłem nie być widzem, tylko uczestnikiem zdarzeń.

A proszę mi powiedzieć – co musi zrobić organizacja, żeby pozyskać do współpracy artystę, czyli absolutnie szczególny gatunek homo sapiens? Pytam serio – mam bowiem takie przeświadczenie, że bardzo Pan pomógł PACZCE, tymczasem przez kilka wcześniejszych lat mieliśmy kłopot ze zwróceniem się do kogoś znanego z propozycją współpracy. I to jest tak naprawdę kłopot wielu organizacji, które nie wiedzą, czy mogą się na coś takiego porwać. Czy w takich okolicznościach oczekuje Pan określonego poziomu profesjonalizmu? Czy niezwykłego pomysłu na współpracę? I czy w tym ważna jest sama organizacja, która taką propozycję składa?

Wymieniła pani trzy powody – i dokładnie te trzy były dla mnie ważne przy PACZCE. Wielokrotnie już występowałem w różnych celach i sprawach. Za każdym razem moim pytaniem było nie to, czy będę przez to w jakiś sposób wyróżniony, tylko czy ta akcja ma sens w wymiarze organizacyjnym. A ponieważ poznałem Jacka Stryczka, sposób działania WIOSNY i historię SZLACHETNEJ PACZKI – czyli to, jak ona funkcjonuje od kilku lat – to bardzo racjonalnie uznałem, że warto. Skuteczność, pomysł i reputacja organizacji – właśnie te kryteria są zasadnicze, a nie tylko samo wzruszenie czyimś losem. Bo przecież możemy się wzruszać, patrząc w telewizor, tylko że zaraz zmieniamy kanał. Patrzymy na powódź i mówimy: „Mój Boże, ależ biedni ludzie!” – a potem idziemy do swoich spraw. Tutaj chodzi o coś więcej – o skuteczność; o to, żeby to naprawdę miało wymiar i sens.

Podobno kręcąc spot PACZKI, nalegał Pan, by pomysł był szalony i właściwie od tego uzależniał swoją zgodę na udział w nim. Czy to prawda, czy już legenda?

Prawdą jest, że wyraźnie mówiłem, że nie chcę brać udziału w akcji, która będzie łzawo-wzruszająca. Chciałem wyegzekwować od pomysłodawców pewien rodzaj troszkę bardziej wyrafinowanej formy, a nie tylko proszenia o pomoc. Dlatego potrzebna była burza mózgów i kapitalni ludzie w agencji Opus B, którzy zgłosili kilka propozycji. Wspólnie wybraliśmy spośród nich dwie – bo są dwie wersje spotu, choć najważniejsza jest ta, gdzie ja wyskakuję z PACZKI. To wszystko działo się rzeczywiście pod wpływem moich sugestii, natomiast konkretne pomysły płynęły już z agencji.

Co Panu samemu dał udział w PACZCE?

On nie miał mi nic dawać. Oczywiście każdy jest trochę próżny i w takich razach myśli sobie: „Pomogłem innym ludziom – czuję się z tym dobrze”. W tym sensie dało mi to odrobinę satysfakcji, że nie spędziłem tego czasu w fotelu czy też robiąc coś przyjemnego tylko dla siebie, lecz poświęciłem parę chwil swojego życia na jakąś rzecz ważną. Ale to, co najważniejsze, to jest chyba świadomość uczestnictwa w akcji, która nie budzi żadnych zastrzeżeń. W PACZCE nie ma wielkiego worka, do którego wrzuca się nieznane ilości pieniędzy na nie do końca określony cel, ogólnie nazywany „pomocą”. Tu jest konkret: jedni drugim. Nas stać – was nie stać; pomagamy. I to jest budujące, że ludzie poza strukturą państwową potrafią sobie organizować tego typu wzajemność.

Rozmawiała Agnieszka Łapińska



Możesz pomóc WIOŚNIE -
zobacz, jak to zrobić! Każde wsparcie ma dla nas znaczenie, bo pozwala nam organizować mądrą pomoc. Z Tobą uda nam się zrobić jeszcze więcej!

<< powrót do strony głównej




Copyright © 2007-2010  •  Wykonanie: INVENTOR Multimedia