WIZERUNEK - komentarz ks. Jacka Stryczka

WIOSNA SZLACHETNA

DLACZEGO SZLACHETNOŚĆ
Słowo „szlachetny” dołączyło do WIOSNY w 2008 roku. Wzięło się z doświadczenia – często doświadczaliśmy rozczarowań lub nawet pretensji ze strony wolontariuszy i darczyńców. Wiązało się to przede wszystkim z naszymi wymaganiami. Gdy okazywało się, że nie wystarczy pomoc według tego, co się czuje, rodził się bunt. Dlatego chcemy, aby od początku było wiadomo, że tu nie chodzi o zaangażowanie z dobrego serca, ale o szlachetną pomoc. Serce często nas zwodzi; pomagamy, by czuć się lepiej. Wrażliwość, w połączeniu z odpowiedzialnością za drugiego człowieka, jest wymagająca. Wymaga SZLACHETNOŚCI. Przełamania własnych stereotypów odnośnie tego, jaki ktoś ma być. Wymaga szybkiego sprawdzania owoców, by nie brnąć w demoralizującą pomoc. Wymaga poświęcenia, bo często ten drugi był wcześniej oszukiwany fałszywą pomocą, jest poraniony i chce sprawdzić nasze intencje. To wszystko, a nawet dużo więcej, mieści się w słowie „szlachetny”.

WIOSNA SZLACHETNA – SZLACHETNA PACZKA – to również pomysł na stworzenie wartościowego środowiska. Ostatnio coraz częściej słyszę: jak trudno jest znaleźć kogoś, z kim można porozmawiać „o czymś więcej”, o wartościach, o prawdzie. Słyszę o tym i od studentów, i od młodych małżeństw, i od ludzi biznesu. W Krakowie budujemy takie środowisko już od jakiegoś czasu. Dlaczego zresztą tylko w Krakowie? Chcemy stworzyć prawdziwą PACZKĘ, myśląc o ludziach z całej Polski. I nie tylko… Chcemy budować na SZLACHETNOŚCI.

Postanowiłem opisać szlachetność na cztery sposoby:
  • Wysoka jakość – bo zależy nam na innych.
  • Elitarność – bo każdy może stać się KIMŚ.
  • Poświęcenie – bo więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu.
  • Rycerskość – bo ideały zamieniamy w czyn.
Wysoka jakość – bo zależy nam na innych
U początku mojego kapłaństwa musiałem zmierzyć się z dużym wyzwaniem. Właśnie zostałem duszpasterzem akademickim u św. Anny w Krakowie (ośrodek centralny), a studentów jak na lekarstwo. Zacząłem się zastanawiać, gdzie są, dlaczego nie przychodzą. Kiedyś, wchodząc sienią do Kolegiaty, inaczej popatrzyłem na tablicę ogłoszeniową: wisiało na niej dużo plakatów z ofertami spędzania wolnego czasu: koncerty, języki, filmy, imprezy. Odkryłem wtedy prostą prawdę – działam na wolnym rynku i moja propozycja jest tylko jedną z wielu. Następna refleksja: twórcy reklam, by nakłonić konsumenta do decyzji, wkładają ogromny wysiłek w jego poznanie (i niemałe pieniądze). A nam, księżom, wydaje się, że nie musimy się martwić odbiorcami, ponieważ mamy do przekazania prawdę. Oni dla pieniędzy… Ale czy ten sam problem nie dotyczy również pomocy charytatywnej? Czy nie mamy często przekonania, że – kiedy kogoś kochamy i zależy nam na nim – nie musimy się zastanawiać nad ukochanym, tylko go kochać? Pewnie dlatego często chcemy dobrze, a wychodzi jak zwykle: pomoc demoralizuje, przyjaźń się kończy, miłość przeradza się w nienawiść. Dla pieniędzy szkolimy się, znosimy niedogodności, decydujemy się na przemęczenie i cały szereg ograniczeń. A dla miłości? Dla przyjaciela? Dla bliźniego w potrzebie. Odkryłem, że pierwszym wyrazem miłości jest poznanie drugiego. A później nauczenie się go, odkrycie tego, co naprawdę wnosi wartości w jego życie. Albo inaczej: chciałbym w przyjaźni być traktowany lepiej niż konsument; chciałbym kochać z większym zaangażowaniem niż to, z jakim weryfikowani przez rynek twórcy reklam pracują nad kampanią. Wysoka jakość to drugie imię miłości. Albo bon mot: tyle miłości, ile jakości. Stworzenie dobrej reklamy kosztuje. Miłość wysokiej próby dużo kosztuje. Ale dopiero wtedy staje się SZLACHETNA.

Elitarność – bo każdy może stać się kimś
Polska niewątpliwie przechodzi od wymuszonej równości do wybujałej indywidualności. Elitarność staje się modna. Powstają elitarne szkoły, kluby biznesowe, kursy itd. Przecież naturalna jest chęć bycia blisko naprawdę fajnych ludzi, najlepiej takich, dzięki którym podnosi się nasza wartość. Czym jednak mierzyć wartość człowieka? Grubością portfela? Popularnością? Urodą? Ogólna fajnością? Oczywiście tak to działa, ale na krótką metę. Przecież nawet największe gwiazdy i najbogatsi ludzie zostają sami, odrzuceni przez najbliższych. Przed laty, w czasach studenckich, na Akademii Górniczo-Hutniczej, rozpocząłem pracę z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. „Rozpocząłem” to złe słowo. W 1988 roku razem z przyjaciółmi wyciągaliśmy z domów ludzi, skazanych przez PRL na niebyt (nie przypominali przodowników socjalistycznych). Początkowo praca z nimi wszystkich nas bardzo dużo kosztowała. Nie rozumieliśmy ich. Nie umieliśmy z nimi rozmawiać – jakby byli z innego świata. Robiliśmy dla nich różne rzeczy: jakieś zabawy, wycieczki, obozy. To było tak trudne.

Po ciężkiej pracy dla „biednych” spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, by zrekompensować sobie wysiłek. Na szczęście jednak do czasu. Pewnego razu w czasie obozu letniego wszystkich nas zaskoczył Jasiu, chłopak z zespołem Downa. Właśnie tworzyliśmy kółeczko, była gitara i śpiew, takie zabawianie. Nagle Jasiu wyskoczył na środek i prawie całkiem niewyraźnie krzyknął: A ja mam imieniny! I zaczął tańczyć góralskiego. Był taki szczęśliwy. Był szczęśliwszy od nas wszystkich (choć nie miał wtedy imienin i nie dostał prezentu). Mógł pokazać, kim jest; został zaakceptowany – więc się otworzył. Zawstydziłem się. Właściwie to nie ja mu pomogłem, ale on mnie: zobaczyłem w nim promień szczęścia, o którym zawsze marzyłem. Przestałem „pomagać”. Uczyłem się życia od Jasia i innych. Radości, wrażliwości, otwartości i prostoty. Jasiu (ma już dużo lat, ale wciąż wszyscy mówią do niego tak zdrobniale) na naszych oczach stał się KIMŚ. I ja zapragnąłem tego samego. Od tej pory wierzę w każdego człowieka – wierzę, że każdy może być KIMŚ. Uwierzyłem w siebie. Zacząłem pracę nad sobą. Zacząłem inwestować w innych. I cierpię, gdy widzę masowo wyprodukowanych konsumentów, ograniczonych przyjemnościami, modami i stereotypami. Oczyma wyobraźni widzę w nich ogromny potencjał, wielkich ludzi. KAŻDY MOŻE STAĆ SIĘ KIMŚ – taka elitarność. Chcemy stworzyć środowisko, w którym KAŻDY MOŻE STAĆ SIĘ KIMŚ.

Poświęcenie – bo więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu
Pod górkę do szkoły? Czemu nie? Pracuje nie tylko głowa, ale i mięśnie. Głowa i mięśnie mogą zaś pomóc w stworzeniu czegoś naprawdę fajnego. Byle pod górkę.

Przez wiele lat jeździłem ze studentami na obozy wakacyjne w Tatry. Oprócz „radosnego czasu bycia razem na nizinie”, jak łatwo się domyślić, chodziliśmy w góry. Na szlaku jednak nie było już wesoło. Choć zawsze wcześniej pytałem, czy wszyscy czują się na siłach, czy sobie poradzą – bywało tragicznie. Nie potrafiłem poznać, kto jest kim (w sensie górskich możliwości): ani po super butach i kurtach, ani po fachowo przeglądanych mapach, ani po żartach czy opowieściach z przeszłości. Dopiero góry… Stopień nieodpowiedzialności był tak duży, że wprowadziłem zasadę (popularną zresztą wśród wspinaczy): każdy odpowiada za siebie. Dlaczego przygotowani do wędrówki mają być narażani przez lekkoduchów? Od tej pory wciąż widzę potwierdzenia, jak genialnie działa ta zasada. Wystarczy jeden raz, gdy ktoś nieprzygotowany musi sobie poradzić sam. Staje się pokorny. Domyślam się, że w duchu żałuje, że nie ćwiczył i teraz nie ma szans iść z innymi. Ma jedynie więcej czasu na widoki i jedzenie. Wbrew pozorom – od tej pory miałem dużo mniej niebezpiecznych sytuacji w górach. Pieszczochy zostają. Wyprawa zaczyna się przecież w domu, gdy trzeba ćwiczyć mięśnie.

Uważam, że te prawidła zupełnie tak samo sprawdzają się w dobroczynności (podobnie zresztą jak w przyjaźni i miłości). Łatwo jest powiedzieć: „kocham” lub „pomogę”. Zupełnie inaczej wygląda to, gdy okazuje się, ile trzeba wysiłku, by naprawdę pokochać; ile trzeba się namęczyć, by naprawdę pomóc.

Ludzie mówią, że w górach jest fajnie, gdy są widoki. Dla mnie zaś ogromną frajdą jest zdobywanie szczytów. Czasami w deszczu, czasami przy porażająco pięknej pogodzie. Stać mnie na to. Przekroczyłem siebie, pokonałem zmęczenie. Jestem na szczycie. Jestem szczęśliwy. Bo więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu. Nie rozumiem ludzi dolin. No, może w dolinie się ćwiczy. Poświęcenie? Nie wystarczy sama chęć – trzeba jeszcze mieć co poświęcić. Trzeba mieć coś w sobie. To „coś”. To, co – gdy zostawiasz dla siebie – znika, a gdy rozdajesz – wzrasta. MIŁOŚĆ. BO WIĘCEJ SZCZĘŚCIA JEST W DAWANIU ANIŻELI W BRANIU.

Rycerskość – bo ideały zamieniamy w czyn
Rycerze to skansen. Może czasami dziewczyny żałują (ale tylko niektóre), że nie ma już rycerskich facetów. Uszanuje, obroni, pomoże. Nie boi się, jest gotowy i do poświęcenia i do zaangażowania, broni wartości nie narzuca się, lecz szanuje. Czyżbym, opisując rycerskość, musiał stworzyć powieść historyczną? Ale historia lubi się powtarzać. A ludzie są ludźmi: skoro kiedyś byli rycerzami, dlaczego nie teraz? Co się zmieniło? Pewnie jedno: życie jest wygodniejsze. Są systemy socjalne. Żołnierz broni granic, policjant ulic. Tylko w domach wciąż są dramaty. Gdy nam dogadzają, czujemy się świetnie. Ale i tracimy czucie. Odpływamy w rozkosz. Tracimy wrażliwość. A gdy już przypadkiem chcemy zrobić coś dobrego, nie mamy siły. Bo przecież wszystko było. Na wyciągnięcie ręki. W sklepie na półce.

Niewątpliwie jesteśmy świadkami ogromnego postępu cywilizacyjnego. Produkcja jest coraz tańsza, technologie szybko się rozwijają, marketing dba o to, by produkty się sprzedawały, a robotnicy dostawali pensje. Generalnie wszyscy są zadowoleni. By sprzedać coś, trzeba usprawnić dostęp i ułatwić użytkowanie. Potrzebujemy coraz mniej wysiłku… Gdzie tu miejsce na rycerza, który musi nosić ciężką zbroję?

Porównania, parafrazy. Przecież nie chodzi o zbroję. Chodzi o ideały. O wartości. W konsumpcyjnym uśpieniu trudno o nich w ogóle pamiętać. Zdarzają się jednak sytuacje, gdy nam się przypominają, gdy mamy dylematy. Czasami, w przypływie dobrego humoru, unosi się w nas duch. Cóż z tego, skoro nie ćwiczyliśmy, nie pracowaliśmy nad możliwościami, nie wypróbowaliśmy sił. Chcę i nie mogę. Chcę i nie chcę, bo gdy się nie może, trudno się do tego przyznać. Brak rycerskości to zaniedbana postawa ciągłej pracy nad sobą – by sprostać sytuacji, gdy będzie potrzeba. W obronie ukochanej, ojczyzny czy własnego domu. W obronie honoru. W obronie dobrego imienia. Rycerskość to zapomniany etos, w który wpisana jest misja, życiowy cel ważniejszy od samego życia. Rycerz zawsze jest gotowy, by oddać życie. Jest gotowy, w imię ideału poświęcił część swojego życia. Kiedyś poświęci całe.

Zamieniamy ideały w czyn. Ja już nie wierzę w słowa. Nie wierzę, że gdy ktoś mówi „kocham”, to naprawdę kocha. Czekam na owoce. Chcę zobaczyć, by wyważyć znaczenie słów. Ideał bez owoców staje się ideologią. Chciałem dobrze, wyszło jak zwykle. Widocznie nie chciałem dobrze, ale jedynie – by mnie było dobrze. Dlatego wierzę czynom. Czytam życie przez zaangażowanie w nie i obserwację skutków. Można się dużo o sobie dowiedzieć. I o innych.
Ta zasada stworzyła WIOSNĘ. Najpierw była idea. Potem mnóstwo wysiłków, by sprawdzić, ile jest warta. Analiza. Korekta. Zaangażowanie. Zobaczyć owoce. Sprawdzić: czy można było lepiej, skuteczniej? Analiza. Pomysły. Zaangażowanie. ZAMIENIAMY IDEAŁY W CZYN.
Copyright © 2007-2019