GALOWE SPODNIE

W jednym pokoju mieszka sześć osób: mama, tata i czworo dzieci. Najmłodszy, Arek choruje na serce i od urodzenia nie mówi – chodzi do szkoły specjalnej. Pięknie za to gra na keyboardzie; bez jego udziału nie odbędzie się żadna szkolna akademia. W domu brakuje wielu rzeczy – tata jest po kilku wylewach, trudno mu zarobić na utrzymanie rodziny. O czym marzy mama? Żeby Arek miał galowe spodnie. Takie jak od garnituru, żeby nie musiał w dżinsach w szkole występować...


Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Wydaje się to takie banalne – mieliśmy iść do rodziny, zrobić ankietę, pamiętając o tym, czego się na szkoleniu nauczyliśmy, rozeznać, czego tym ludziom trzeba, zapisać wnioski, ładnie się pożegnać i wyjść. Wnioski przesłać do korektorki, która wprowadzi dane do bazy. A potem czekać na odzew od darczyńców. I wielki finał, radość dawania i ponowne spotkania z rodzinami. Radośnie, ciepło i fajnie.


Tylko że rzeczywistość nie jest taka fajna. Jest prawdziwa, a bieda którą poznajemy jest realna do bólu. Oczu i serca.


Jedna z wielu krakowskich kamienic. Wchodzimy z kolegą do starej bramy. Dom w stanie katastrofalnym – odpadający tynk, jakieś druty na korytarzu, farba jeszcze chyba z czasów wczesnej Polski Ludowej... Kolega w szoku. Ja trochę mniej, znam takie kamienice i takie klimaty. Wchodzimy powoli po drewnianych schodach, wyglądam na podwórko – typowe jak w wielu podgórskich kamienicach. Jakieś komórki chylące się do ziemi, śmieci, stare sprzęty, drewniany balkon o dziwo czysty i zadbany. To chyba nie jest tak źle, myślę i kieruję się w stronę drzwi.


Stukamy. Otwiera nam drobna szczupła kobieta, pierwsze co zauważam to kreska dookoła oczu. Jest tak mocna, że przyciąga wzrok. Uśmiecham się do niej, przedstawiam nas i mówię skąd jesteśmy. Widzę, że jest zaskoczona, na jej twarzy malują się sprzeczne uczucia. Wpuszcza nas do domu. Pierwszą rzeczą jaką dostrzegam w maleńkiej kuchni, która jednocześnie pełni funkcję przedpokoju, jest kot. Czarny. Uśmiecham się i mówię, że też mam kota, znajdę. Rozmowa się rozkręca, pani zaprasza nas do pokoju.


Przy komputerze siedzi jej syn, Arek. Wita się z nami; nie mówi, gestykuluje i pokazuje na komputer, właśnie na nim gra. Jest niezwykle gościnny, ciepły i towarzyski, widać, że lubi odwiedziny, że podoba mu się niezapowiedziana wizyta. W chwilę później chwali się maskotkami, grami, płytami, aż mama musi go uspokajać.


Siadamy na zniszczonym łóżku. Dyskretnie rozglądam się po pokoju i opowiadam po co tu jesteśmy i dlaczego. Pada zdanie „mamy Państwa namiary z Caritasu...wiemy, że jesteście rodziną potrzebującą...” , widzę, że moja rozmówczyni jest wzruszona.


Rozmowa przebiega w miłej atmosferze. Rodzina jest wielodzietna, oprócz dwóch dorosłych już synów jest też młodsza córka i syn który przewlekle choruje. Jeden ze starszych synów niedawno stracił pracę, drugi pracuje jako ochroniarz. Nawet szesnaście godzin na dobę... Ojciec rodziny po kilku wylewach, pracuje jako parkingowy. Nasza rozmówczyni nie pracuje, bo ma zasiłek pielęgnacyjny na chorego syna i nie może podjąć pracy. Wzdycham ze zrozumieniem, mówiąc jej, że moja mama również ma taki sam zasiłek, na niepełnosprawnego brata. Zaczynamy rozmowę o szpitalach, leczeniu, pani Ania powoli się otwiera. Opowiada o tym jak Arek po urodzeniu spędził 9 miesięcy w szpitalu, o operacji wady serca, o tym że długo im nie chorował. Jakiś czas temu dostał ataków drgawek, był leczony neurologicznie, stwierdzono jednak że to nie jest padaczka. Po serii badań i wielu pobytach w szpitalach okazało się, że ma zaburzenia przytarczyc, w tym kierunku jest leczony. Młodsza córka, Magda, ma chorobę Hashimoto, przewlekłą chorobę tarczycy. Ma dopiero 12 lat, jest zamknięta w sobie i nieśmiała. Nic dziwnego, myślę sobie, ciężka sytuacja rodzinna i problemy ze zdrowiem...


Rozmowa biegnie dalej. Czarny kot znika, pojawia się popielaty, który natychmiast domaga się drapania i miziania, miaucząc przeraźliwie. Pani Ania chce ją przegonić, ale ostatecznie stoi na tym, że jedna moja ręka zajęta jest drapaniem kociego grzbietu a druga trzyma ankietę z której czytam pytania. Dobrze mieć podzielną uwagę. W pewnej chwili kot idzie załatwić się do kuwety. Pani domu przeprasza nas i sprząta kupkę do kosza; wykorzystuję chwilę, żeby popatrzeć na pokój. Jest czysto, wysprzątane, firanki i zasłony są czyste, okna też, choć niesamowicie stare i spękane. Na suficie zacieki, tynk spękany, brudny. Meble stare, zniszczone, zdekompletowane, może darowane, bo szafa nie pasuje do kawałka ścianki meblowej dzielącej pokój, a rozwalone łóżko nijak nie przystaje do fotela. Okazuje się ze za meblościanką śpi mąż pani Ani, po pracy. Pytam o mieszkanie. Tu są tylko dwa pokoje i kuchnia-przedpokój. Nie ma w nim łazienki a ubikacja jest na półpiętrze (!). Dobrze, że mieszkamy tutaj sami, mówi pani Ania, to przynajmniej zadbamy o tę toaletę. Myją się w miskach. Z mediów jest tylko prąd, gaz mają z butli ładowanej raz na jakiś czas. W kuchni i pokojach są piece na węgiel. Pytam o kuchenkę i gotowanie. Kuchenka jest przenośna, elektryczna, jakoś sobie radzą.


Trochę się boję jak wyjdzie ta część ankiety która porusza tematykę pieniędzy. Podkreślam, że dane są poufne. Razem ze stypendium które córka dostała w tym roku z parafii (100 zł miesięcznie), dochód rodziny jest do 2000 zł. Media, czynsz i woda to 750 zł miesięcznie. Na leczenie dwójki chorych dzieci pani Ania musi przeznaczyć ok. 200 zł miesięcznie. Zostaje ok. 1100 zł... Na utrzymanie sześciu osób, w tym trzech dorosłych mężczyzn. Pod warunkiem, że dzieci nie chorują, bo dwójka młodszych ma słabą odporność i często im się to zdarza, zwłaszcza jesienią...Na ogrzewanie mieszkania pani Ania potrzebuje ok. 2 ton węgla. Jak jest łagodna zima, da się wytrzymać...

Pytamy o pomoc z opieki społecznej. Niestety potwierdza się to, co u wielu innych rodzin – korzystali dawno temu, ale po tym jak zostali potraktowani, pani Ania więcej po pomoc nie poszła. Zresztą, dodaje, są tacy, którzy tej pomocy bardziej potrzebują, my jakoś dajemy rady... Pytam o pracę. Ona po podstawówce, kiedyś pracowała dorywczo, brała różne prace ale bez wykształcenia ciężko... A kiedy uzupełnić wykształcenie jak dzieci małe, potem choroby w domu? Nie może podjąć pracy bo odbiorą jej zasiłek pielęgnacyjny na syna, a poza tym jak on choruje to musi się nim zajmować. Najeździła się po szpitalach, ciągle badania, wkrótce też ich czekają kolejne. Arek siedzący w tym samym kącie pokoju co my, na wzmiankę o sobie ożywia się. Ciągnie mnie za rękaw, pokazując zdjęcia siostry na komputerze, obrazki z kotami... Chwalę go i proszę żeby dał nam jeszcze chwilę na skończenie rozmowy. Widać, że słucha mamy, jest bardzo otwarty i ciepły. Pani Ania chwali się jego talentem muzycznym – Arek bardzo lubi grać na keybordzie. Występuje w szkole; pytam o jego naukę. Widać, że to ulubiony temat pani Ani. Dobrze się uczy, interesuje się komputerem i muzyką, chodzi do szkoły specjalnej i ma wspaniałą klasę, świetnych nauczycieli i wychowawców. Dobrze się czuje wśród kolegów i koleżanek. Arek potwierdza to i uśmiecha się szeroko. Od razu robi się jakoś cieplej na sercu...


Pytamy o potrzeby. Wymieniam po kolei punkty ankiety – kasza, makaron, ryż... Pani Ania połowę rzeczy od razu odrzuca. Nie potrzeba, mówi, dostajemy z koscioła, zresztą, inni też są potrzebujący. Olej? Ja sobie kupię olej, nie trzeba... To za dużo, mówi. Pytam o jej ulubioną herbatę i kawę. O tak, kawy u nas dużo schodzi, wszyscy pijemy. Podaje nazwy tanich kaw, herbat. Pytam ją o jakąś ulubioną markę, którą lubi. Nie chce mi podać, ale nalegam. Mówię, że gdy jakaś inna rodzina będzie chciała przygotować prezent i sprawić pani przyjemność, dobrze będzie, żeby o tym wiedzieli. Widzę, że jest zaskoczona ale w końcu zdradza mi że lubi herbatę Dilmah, smakuje jej i pięknie pachnie... Wiem, kiwam głową, też lubię ją pić. Uśmiechamy się do siebie. Rozmowa powoli schodzi na inne tory... Pani Ania opowiada o córce, o tym, że ma problemy z matematyką i że ją to martwi, bo ona sama nie za bardzo potrafi jej wytłumaczyć pewne zagadnienia. Wracam do tego problemu przy pytaniu o zgodę na udział rodziny w programie Anioł w Rodzinie. Tłumaczę na czym polega akcja i mówię, że uważam że Magdzie przydałaby się pomoc w matematyce, że być może zaprzyjaźniłaby się z wolontariuszem, że taka pomoc w sytuacji pobytu w szpitalu Arka też by była wyręką dla pani... Pani Ania rozważa chwilę moje argumenty i zgadza się na zgłoszenie rodziny do akcji. Kategorycznie protestuje na wizytę mediów, widzę przez chwilę, że jest przerażona i zawstydzona. Uspokajamy ją, mówiąc, że nie będziemy robić nic wbrew jej woli i to jej zdanie jest tutaj najważniejsze. W końcu chodzi o to żeby sprawić im radość a nie zawstydzać.


Dużo było jeszcze tematów poruszanych w rozmowie. Najbardziej uderzyło mnie i zapadło w pamięć marzenie pani Ani. Spytałam ją, jaką ma potrzebę... Myślałam że powie o czymś do kuchni, może o kosmetyku albo nowym meblu dla siebie. Popatrzyła na mnie i po krótkim zastanowieniu powiedziała, że ona tak naprawdę to dla siebie nic nie chce, wszystko ma . Tylko ma takie wielkie marzenie, żeby jej syn Arek miał galowe spodnie, takie jak od garnituru, żeby nie musiał w dżinsach w szkole występować... Problem jest w tym, że on jest chudy i wysoki, musiałaby uszyć je na wymiar a na to nie ma pieniędzy... Ale ona sama niczego nie potrzebuje. Wszystko ma. Jak coś, to sobie kupi. Może jakiś sprzęt grający? Mamy radio, ale nie słuchamy bo zepsute. Nie, nie trzeba nam nic takiego...


Wyszliśmy stamtąd żegnani bardzo ciepło. Usiedliśmy na schodach niedaleko kamienicy. I jakoś tak nie wiadomo było od czego zacząć... Przede wszystkim zaznaczyliśmy radio. Jak ma grać skoro zepsute... Zaznaczyliśmy też większość jedzenia, uzupełniliśmy inne odpowiedzi. Tak, ta rodzina zasługuje naprawdę na pomoc...


Wiedzieliśmy wszystko ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy nic. Uświadomiłam sobie, że żeby dostrzec prawdziwą ludzką biedę, trzeba mieć naprawdę oczy szeroko otwarte. Ale przede wszystkim trzeba mieć otwarte serce.


powrót

Copyright © 2007-2010  •  Wykonanie: INVENTOR Multimedia