Czarny kot - NEWSLETTER 04.XII.2008


Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Wydaje się to takie banalne – mieliśmy iść do rodziny, zrobić ankietę, pamiętając o tym, czego nauczyliśmy się na szkoleniu, dopytać, czego tym ludziom trzeba, zapisać wnioski, ładnie się pożegnać i wyjść. Wnioski przesłać do korektorki, która wprowadzi dane do bazy. A potem czekać na odzew od darczyńców. I wielki finał, radość dawania i ponowne spotkanie z rodziną. Tylko że rzeczywistość nie jest taka fajna. Jest prawdziwa. A bieda, którą poznajemy, jest realna do bólu. Oczu i serca.

Jedna z wielu krakowskich kamienic. Wchodzimy z kolegą do starej bramy. Dom w stanie katastrofalnym – odpadający tynk, jakieś druty na korytarzu, farba jeszcze chyba z czasów wczesnej Polski Ludowej... Kolega w szoku. Ja trochę mniej, znam takie kamienice i takie klimaty. Wchodzimy powoli po drewnianych schodach, wyglądam na podwórko – typowe, jak w wielu podgórskich kamienicach. Jakieś komórki chylące się do ziemi, śmieci, stare sprzęty, drewniany balkon – o dziwo, czysty i zadbany. Chyba nie jest tak źle – myślę i kieruję się w stronę drzwi.

Stukamy. Otwiera nam drobna kobieta – pierwsze, co zauważam to cienie wokół jej oczu. Uśmiecham się do niej, przedstawiam nas i mówię, skąd jesteśmy. Widzę, że jest zaskoczona, na jej twarzy malują się sprzeczne uczucia. Wpuszcza nas do domu. Maleńka kuchnia pełni jednocześnie funkcję przedpokoju. Pod ścianą kot, czarny. Uśmiecham się i mówię, że też mam kota – znajdę. Rozmowa się rozkręca, pani zaprasza nas do pokoju.

Przy komputerze siedzi jej syn, Arek. Wita się z nami; nie mówi, tylko gestykuluje i pokazuje na komputer, na którym właśnie gra. Jest niezwykle gościnny, ciepły i towarzyski, widać, że podoba mu się niezapowiedziana wizyta. W chwilę później chwali się maskotkami, grami, płytami… Aż mama musi go uspokajać.

Siadamy na zniszczonym łóżku. Dyskretnie rozglądam się po pokoju i opowiadam, po co przyszliśmy. Rozmowa przebiega w miłej atmosferze. Rodzina jest wielodzietna, oprócz dwóch dorosłych już synów jest też młodsza córka i syn, który przewlekle choruje. Jeden ze starszych synów niedawno stracił pracę, drugi pracuje jako ochroniarz, nawet szesnaście godzin na dobę. Ojciec, po kilku wylewach, zarabia jako parkingowy. Nasza rozmówczyni nie pracuje, bo ma zasiłek pielęgnacyjny na chorego syna i nie może podjąć pracy. Wzdycham ze zrozumieniem, mówiąc jej, że moja mama również ma taki sam zasiłek, na niepełnosprawnego brata. Zaczynamy rozmowę o szpitalach, leczeniu – pani Ania powoli się otwiera. Opowiada o tym jak Arek po urodzeniu spędził dziewięć miesięcy w szpitalu, o operacji serca i że długo nie chorował. Tylko jakiś czas temu dostał ataków drgawek, był leczony neurologicznie, po serii badań i wielu pobytach w szpitalu okazało się, że ma zaburzenia przytarczyc. Młodsza córka – Magda – ma chorobę Hashimoto, przewlekłą chorobę tarczycy. Ma dopiero 12 lat, jest zamknięta w sobie i nieśmiała.

Rozmowa biegnie dalej. Czarny kot znika, pojawia się popielaty, który natychmiast domaga się drapania i głaskania. Pani Ania chce go przegonić, ale ostatecznie staje na tym, że jedna moja ręka zajęta jest drapaniem kociego grzbietu, a druga wypełnia ankietę, z której czytam pytania. Wykorzystuję chwilę, żeby popatrzeć na pokój. Jest wysprzątany, firanki i zasłony czyste, okna też – choć niesamowicie stare i spękane. Na suficie zacieki, tynk spękany, brudny. Meble stare, zniszczone, zdekompletowane, może darowane, bo szafa nie pasuje do kawałka ścianki meblowej, dzielącej pokój, a rozwalone łóżko nijak nie przystaje do fotela. Okazuje się, że za meblościanką śpi mąż pani Ani, po pracy. Pytam o mieszkanie. Tu są tylko dwa pokoje i kuchnia-przedpokój. Nie ma łazienki, a ubikacja jest na półpiętrze. „Dobrze, że mieszkamy tutaj sami – mówi pani Ania, - to przynajmniej zadbamy o tę toaletę”. Myją się w miskach. Z mediów jest tylko prąd, gaz mają z butli ładowanej raz na jakiś czas. W kuchni i pokojach są piece na węgiel. Pytam o kuchenkę i gotowanie. Kuchenka jest przenośna, elektryczna, jakoś sobie radzą.

Trochę się boję, jak wyjdzie ta część ankiety, która porusza temat pieniędzy. Podkreślam, że dane są poufne. Razem ze stypendium, które córka dostała w tym roku z parafii (100 zł miesięcznie), dochód rodziny wynosi około 2000 zł. Media, czynsz i woda to 750 zł miesięcznie. Na leczenie dwójki chorych dzieci pani Ania musi przeznaczyć blisko 200 zł miesięcznie. Zostaje jakieś 1100 zł... Na utrzymanie sześciu osób, w tym trzech dorosłych mężczyzn. Pod warunkiem, że dzieci nie chorują – bo dwójka młodszych ma niską odporność i często im się to zdarza, zwłaszcza jesienią... Na ogrzewanie mieszkania pani Ania potrzebuje około 2 ton węgla. Jak jest łagodna zima, da się wytrzymać...

Pytamy o pomoc z opieki społecznej. Niestety, potwierdza się to, co u wielu innych rodzin – korzystali dawno temu, ale po tym, jak zostali potraktowani, pani Ania więcej po pomoc nie poszła. „Zresztą – dodaje, - są tacy, którzy tej pomocy bardziej potrzebują, my jakoś dajemy rady...”. Pytam o pracę. Ona po podstawówce, kiedyś pracowała dorywczo, brała różne prace, ale bez wykształcenia ciężko... A kiedy uzupełnić wykształcenie, jeśli najpierw dzieci małe, a potem choroby w domu? Nie może podjąć pracy, bo odbiorą jej zasiłek pielęgnacyjny na syna, a poza tym – kiedy on choruje – musi się nim zajmować. Najeździła się po szpitalach, ciągle badania, wkrótce czekają ich kolejne. Arek siedzący w tym samym kącie pokoju, co my, ożywia się na wzmiankę o sobie. Ciągnie mnie za rękaw, pokazując zdjęcia siostry na komputerze, obrazki z kotami... Chwalę go i proszę żeby dał nam jeszcze chwilę na skończenie rozmowy. Widać, że słucha mamy, jest bardzo otwarty i ciepły. Pani Ania chwali się jego talentem muzycznym – Arek bardzo lubi grać na keybordzie. Występuje w szkole; pytam o jego naukę. Widać, że to ulubiony temat pani Ani. Dobrze się uczy, interesuje się komputerem i muzyką, chodzi do szkoły specjalnej i ma wspaniałą klasę, świetnych nauczycieli i wychowawców. Dobrze się czuje wśród kolegów i koleżanek. Arek potwierdza to i uśmiecha się szeroko. Od razu robi się jakoś cieplej na sercu...

Pytamy o potrzeby. Wymieniam po kolei punkty ankiety – kasza, makaron, ryż... Pani Ania połowę rzeczy od razu odrzuca. „Nie trzeba - mówi, - dostajemy z kościoła, zresztą, inni też są potrzebujący. Olej? Ja sobie kupię olej, nie trzeba... To za dużo”, mówi. Pytam o jej ulubioną herbatę i kawę. „O tak, kawy u nas dużo schodzi, wszyscy pijemy”. Podaje nazwy tanich kaw, herbat. Pytam ją o jakąś ulubioną markę, którą lubi. Nie chce mi podać, ale nalegam. Mówię, że gdy jakaś inna rodzina będzie chciała przygotować prezent i sprawić jej przyjemność, dobrze będzie, żeby o tym wiedzieli. Jest zaskoczona, ale w końcu zdradza mi, że lubi herbatę Dilmah, smakuje jej i pięknie pachnie...

Dużo było jeszcze tematów poruszanych w rozmowie. Najbardziej uderzyło mnie i zapadło w pamięć marzenie pani Ani. Spytałam ją, jaką ma potrzebę... Myślałam że powie o czymś do kuchni, może o kosmetyku albo nowym meblu dla siebie. Popatrzyła na mnie i po krótkim zastanowieniu powiedziała, że ona tak naprawdę to dla siebie nic nie chce, wszystko ma. Tylko ma takie wielkie marzenie, żeby jej syn Arek miał galowe spodnie, takie jak od garnituru. Żeby nie musiał w dżinsach w szkole występować... Problem jest w tym, że on jest chudy i wysoki, musiałaby uszyć je na miarę, a na to nie ma pieniędzy. Ale ona sama niczego nie potrzebuje. Wszystko ma. Jak coś, to sobie kupi. Może jakiś sprzęt grający? „Mamy radio, ale nie słuchamy, bo zepsute”. Nie, nie trzeba nam nic takiego...

Wyszliśmy stamtąd, żegnani bardzo ciepło. Usiedliśmy na schodach niedaleko kamienicy. I jakoś tak nie wiadomo było, od czego zacząć... Przede wszystkim zaznaczyliśmy radio. Jak ma grać, skoro zepsute... Zaznaczyliśmy też większość jedzenia, uzupełniliśmy inne odpowiedzi. Tak, ta rodzina zasługuje naprawdę na pomoc...

powrót
Copyright © 2007-2010  •  Wykonanie: INVENTOR Multimedia